(via fuckyeahnicolerichie)

(via fuckyeahnicolerichie)

(via fuckyeahnicolerichie)
(via fuckyeahnicolerichie)
(via fuckyeahnicolerichie)
zaczęły się wakacje i jakoś leci. wstaję wyjątkowo wcześnie w porównaniu do zeszłego roku i tego, o której chodzę spać. czytam książki do poduchy, od dnia piątego zaczęłam na dobre realizować mój dziesięciodniowy plan, wypijam hektolitry wody niegazowanej, zajadam się budyniami bez cukru, za to nafaszerowanymi aspartamem, zrobionymi z 20g proszku na wodzie i odrobinie mleka. oglądam mecze (brasil ; «<), wklepuję w siebie balsamy i kremy, robię zakupy i łapię okazje. a ostatnio zdecydowałam się nawet posprzątać własny pokój! we wtorek wyjeżdżam i jestem cała podekscytowana, a jednocześnie podenerwowana (co tyczy się oczywiscie JEDZENIA). i niby błogo, a jebane, chujowe badania potrafią zepsuć człowiekowi cały humor.
no, bo kurwa, czy ja się głodzę? widział mnie ktoś rzygającą? nie, kurwa. wpierdalam naprawdę sporo i staram się, żeby dostarczyć organizmowi to, czego mu potrzeba. kupiłam nawet żelazo w aptece w celu uzupełnienia możliwego niedoboru spowodowanego niejedzeniem mięsa. staram się, przysięgam. ale to nie wystarczy. nie, o nie. i tak nie może być dobrze. ty jebany organiźmie, ty. przyzwyczaj się, kurwa, wreszcie, że tak, jak było wcześniej, tak już nie będzie nigdy.
bullshit.
a prawda jest taka, że codziennie walczą ze sobą dwie połowy mnie i jedna drze się: nie jedz już, wyglądasz jak tłusta bania!, a druga: musisz jeść, żeby nie mieć problemów zdrowotnych. tjaaa.
szkopuł w tym, że one już się zaczęły.
wracam do obowiązków. żegnam i życzę miłych wakacji.
(via lovingkristen)